Budzik zadzwonił około 6. Otworzyłem szeroko oczy i byłem gotowy do działania! To mi się nie zdarza za często, bo zazwyczaj przed 10 nie wiem jak się nazywam. Budziki ustawiam 3 i nie zawsze to wystarcza. Jednak tego dnia było inaczej.

Były wakacje, miałem 21 lat i byłem w Górach Bystrzyckich. Trenowałem wtedy taniec towarzyski, a to był pierwszy poranek naszego obozu treningowego. Jak to na wyjeździe sportowym – plan był taki, żeby codziennie spędzać po kilka godzin na sali.

Razem z moim obozowym współlokatorem Marcinem stwierdziliśmy, że dodamy sobie do tego jeszcze poranny rozruch. Wstawaliśmy ok 45 minut przed śniadaniem. Szybka rozgrzewka przed ośrodkiem i zaczynaliśmy biec. Widoki i krajobraz kiedy poranna mgła jeszcze nie zdążyła opaść były niesamowite. Chłodne, rześkie powietrze rozbudzało lepiej niż kawa. Po 15 minutach biegu zawracaliśmy i wracaliśmy na śniadanie. Potem już tylko reszta dnia, czyli łącznie jakieś 6-7 godzin na sali treningowej.

Drugiego dnia, mój entuzjazm kiedy budzik zadzwonił o 6 był już nieco mniejszy. Gdybym miał wyjść sam, przewrócił bym się drugi bok, przestawił budzik i poszedł spać dalej. No, ale w końcu się umówiliśmy, a Marcin już się zbierał z łóżka.

Tego dnia wybraliśmy trochę inną trasę. Było warto wstać – krajobraz był jeszcze lepszy, a rześkie powietrze znowu zrobiło swoje. Każdego dnia wybieraliśmy sobie trochę inną trasę.

Piątego dnia, podczas kolacji, kiedy zmęczenie już bardzo mocno dawało się we znaki przyznałem się:

– Wiesz co Marcin. Może odpuśćmy sobie to bieganie. Ja już od 3 dni ledwo wstaje…

– TY TEŻ??? Ja już drugiego dnia myślałem, że się nie zwlokę, ale widziałem, że Ty wstajesz, to było mi głupio.

– Ha! Ja wstałem bo Ty zacząłeś się ruszać.

Jak pewnie się domyślasz – na tym się zakończyło poranne bieganie. 🙂 Następnego dnia się porządnie wyspaliśmy i mieliśmy więcej energii, żeby dać z siebie wszystko na normalnych treningach. Czyli robić to, po co tam pojechaliśmy.

Z perspektywy treningów – to było głupie. Do mocno napchanego grafiku, dodaliśmy sobie jeszcze więcej pracy. Standardowy błąd świeżaka – brak regeneracji. Gdybyśmy próbowali utrzymać tempo, to musiało się to skończyć przetrenowaniem. Mimo to uważam, że warto było wstawać i biegać. 🙂 Zakwasów już dawno nie pamiętam, ale widoki i ten poranny klimat – owszem.
 

Dlaczego w ogóle o tym piszę?

 
Bo ta historia pokazuje potęgę jaką ma dobranie sobie partnera treningowego. Kiedy umawiasz się z kimś na wspólne działanie masz kilkukrotnie większą szansę, żeby odnieść sukces. Nawet nie zawsze trzeba razem trenować. Świadomość, że “jesteście w tym razem” dodaje energii i motywacji.

Pomyśl – skoro ten mechanizm był tak silny, w przypadku bezsensownego w zasadzie treningu, to o ile będzie mocniejszy, jeśli do tego dodasz regularne postępy i efekty treningowe?

Jeśli chcesz wielokrotnie zwiększyć swoje szanse na sukces – znajdź sobie partnera, lub nawet lepiej: grupę osób o podobnych celach i podobnym stylu życia.